Ostateczne starcie: Obama kontra Romney

Wybory za dwa dni, a blog milczy jak zaklęty (albo jakby co najmniej ktoś mi groził za łamanie ciszy wyborczej, której zresztą w USA nie ma;). Nadrabiam – bo podobno lepiej późno niż wcale, a głosowanie nadal trwa. Poza tym, nie tylko ze względu na huragan Sandy i jego konsekwencje, ta kampania do ostatnich chwil pozostanie burzliwa – a spekuluje się, że być może prezydenta wcale nie poznamy 6 listopada, a później…

Jak przeczytałam na blogu Salon Nowojorskijeśli ktoś spędził w Stanach ostatnich kilka lat, tutaj mieszka, pracuje, płaci podatki i wychowuje dzieci, a mimo to w tej chwili  n a d a l  zastanawia się, na kogo ma zagłosować, to raczej powinien zostać w domu i nie głosować w ogóle. Bo trudno chyba o bardziej wyraźną różnicę między obydwoma kandydatami. Doskonale powiedziane.

Ale my w Stanach nie mieszkamy (czasem szkoda;), zatem podsumowanie będzie na miejscu.

The American people have a clear choice –  można by się zastanawiać, który z kandydatów to powiedział. America deserves better than the last four years – aha, już wiemy – to Mitt Romney. Co takiego obiecuje Ameryce, czego nie obiecał jeszcze Obama, oraz w jaki sposób Obama odpowiada na program wyborczy swojego kontrkandydata – tego dowiecie się już dziś, już poniżej, w jedynej w swoim rodzaju, gorącej debacie – ostatniej w kampanii Anno Domini 2012! Ladies and Gentlemen, przed Wami Barack Obama i Mitt Romney!

Pierwsze starcie. Gospodarka, głupcze, czyli 1:0 dla Romneya

Może i popełnia gafę za gafą, ale na ekonomii zna się doskonale. I dlatego w pierwszej debacie (w Denver w Kolorado) to Romney był bezkonkurencyjny, podczas gdy Obama nie wiedział, co robić… – Sam nie wierzę, że to piszę, ale Obamie ewidentnie brakowało telepromptera – komentował na Twitterze popularny w USA satyryk Bill Maher.

Romney: Jest pan winien podwojenia deficytu budżetowego, powolnego wzrostu ekonomicznego po recesji i niepotrzebnego dotowania firm „zielonej” gospodarki, które zbankrutowały. Deficyt budżetowy to problem nie tylko ekonomiczny, ale i moralny. Długi dziś zaciągane będą musiały spłacać przyszłe pokolenia. Pan prezydent powiedział, że zmniejszy deficyt, a tymczasem doprowadził do jego podwojenia…

Obama: Ten deficyt odziedziczyłem po swoim poprzedniku, prezydencie George’u W. Bushu, który obniżył podatki, chociaż wojny w Iraku i Afganistanie kosztowały miliardy dolarów…

Romney: Skrytykować trzeba też pana reformę ochrony zdrowia, gdyż nakłada ona zbyt wielkie obciążenia na drobne firmy, zmuszając je do ubezpieczenia pracowników. Przez pierwsze dwa lata swojej kadencji koncentrował się pan na tej reformie, zamiast na pobudzaniu gospodarki do szybszego wzrostu.

Punkt (a nawet dwa) dla Mitta Romneya.

Drugie starcie. Obama wraca!

Druga debata (na Uniwersytecie Hofstra w Hempstead w stanie Nowy Jork) dotyczyła polityki wewnętrznej. Tu Obama mógł poczuć się pewnie, bo przez cztery lata pracował dla Amerykanów, próbując przypodobać się wszystkim grupom.

Obama: Możecie wybrać cofnięcie się w czasie o 50 lat dla imigrantów, gejów i kobiet, albo możecie zdecydować, czy pozostaniemy otwartym, hojnym państwem, w którym nie ważne kim jesteś, ani jak wyglądasz, skąd pochodzisz, ani kogo kochasz, możesz działać i zawsze znajdziesz miejsce w amerykańskiej rodzinie. To jest to, o co teraz walczymy… Dlatego popieram otwarcie drogi do legalizacji pobytu w USA imigrantom, którzy przybyli do USA przez zieloną granicę, ale jako dzieci.

Piękne słowa, ale czy wystarczą – zobaczymy. Entuzjazm grup wyborczych, które szalały na punkcie Obamy cztery lata temu, jest dziś o wiele mniejszy, a uprzedzenia rasowe wciąż silne. Tu można przeczytać, dlaczego Barack „przestał być cool” i nie jest już tak kochany przez Latynosów, studentów czy LGBT. Moim zdaniem, ciągle jednak może liczyć na głosy tych wyborców.

Romney musiał natomiast tłumaczyć się, z jakiego powodu jest przeciwny amnestii dla nielegalnych imigrantów i czemu wezwał w prawyborach, aby się „dobrowolnie deportowali”. I chciał się bronić tym, w czym czuje się najmocniejszy. A więc i tym razem debata zeszła na tematy gospodarcze.

Romney: Hamuje pan uniezależnienie się USA od eksportu ropy naftowej, przez ograniczanie jej wydobycia w kraju ze względu na ochronę środowiska.

Obama: O nie, produkcja krajowej ropy znacznie wzrosła za moich rządów, ale popieram też alternatywne źródła energii, rozwijane m.in. przez Niemcy i Chiny. Pana plan polega na tym, by to koncerny naftowe dyktowały politykę energetyczną.

Romney:  Zakazał pan m.in. budowy ropociągu Keystone z Kanady do Zatoki Meksykańskiej. Nie wiem, dlaczego pan to zrobił. Obiecuję, że ja będę wspierał tradycyjną energetykę opartą na węglu.

Obama: Jako gubernator Massachusetts popierał pan zamykanie kopalni węgla jako ekonomiczną konieczność…

Znaczną część debaty wypełniła również polemika na temat polityki podatkowej.

Romney: Gwarantuję, że obniżając wszystkie progi podatkowe o 20 procent, dojdzie do ożywienia koniunktury. Tymczasem wydatki rządowe i zaciąganie pożyczek przez prezydenta wymuszą podniesienie podatków.

Obama: Pana propozycje będą kosztować budżet 5 bilionów dolarów zmniejszonych dochodów.

Romney: Wzrost gospodarki zapewni także większe dochody fiskusowi.

Obama: Ta arytmetyka się nie zgadza.

Romney: Nieprawda, zgadza się. Jako gubernator i organizator olimpiady równoważyłem budżet, znam się na tym.

Obama: OK, ale pana plan faworyzuje zamożnych Amerykanów. Tymczasem deficyt zmusza nas, by bogacze bardziej przyczynili się do jego redukcji. Możemy wrócić do progów podatkowych obowiązujących za prezydenta Billa Clintona, kiedy podatki od najzamożniejszych obywateli były wyższe. Ja też wierzę w wolną przedsiębiorczość, obniżyłem podatki od klasy średniej, ale wierzę także w to, że każdy powinien mieć jednakowe szanse.

Hasło Baracka Obamy

Trzecie starcie

Tematem trzeciej debaty telewizyjnej w Boca Raton na Florydzie była polityka zagraniczna. Czyli nareszcie coś o nas – między innymi;). Romney twierdził oczywiście, że obecny prezydent wszystko robi nie tak, chociaż kiedy przyszło do proponowania własnych rozwiązań, okazało się, że program obydwóch kandydatów zasadniczo niezbyt się różni…

Obama: Izrael może liczyć na pełne wsparcie ze strony Stanów Zjednoczonych, które będą stały przy nim, jeśli zostanie zaatakowany. I nie dopuszczę, aby Teheran zdobył broń nuklearną.

Romney: Taaak? Przez okres pana prezydentury Iran jest o cztery lata bliżej bomby jądrowej. Ten kraj to największe zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych!

Obama: Nie ma Pan zbyt dużego pojęcia o polityce zagranicznej.

(uuu, ostro!)

Romney: Popełnia pan błędy wobec swych sojuszników. Wyprowadzenie programu obrony antyrakietowej poza Polskę, w sposób w jaki to zrobiliśmy, było niefortunne.

Obama: Problem z panem, gubernatorze, jest taki, że w wielu kwestiach wyrażał pan przedtem wszelkie inne możliwe opinie…

(może jakieś miłe słówko dla złagodzenia napięcia?)

Romney: Gratuluję sukcesu w ujęciu Osamy bin Ladena i w ściganiu Al-Kaidy, ale zabijanie nie może być jedynym sposobem na radzenie sobie w tym rejonie świata… Potrzebujemy wyczerpującej i solidnej strategii wobec świata muzułmańskiego, aby pomóc mu odrzucić ekstremizm.

Tyle w wielkim skrócie. Według sondażu CNN, tę debatę również wygrał Obama. Przeczytałam gdzieś jednak świetny komentarz, który przewagę po wszystkich trzech debatach oddaje Romneyowi – a to z tego powodu, że on jeszcze prezydentem nie jest i musiał udowodnić po prostu, że na to stanowisko się nadaje, a Obamie przyszło tłumaczyć się ze wszystkich niepowodzeń: w Denver, Romney okazał się orędownikiem interesów klasy średniej, w Hampstead – obrońcą praw kobiet, a w Boca Raton – politycznym gołębiem, któremu nie schodziło z ust słowo pokój. Doszło do tego, że republikanin przekonywał demokratę, by oprócz samolotów bezzałogowych wysyłał na Bliski Wschód pieniądze.

A w skrócie?

Gdyby wierzyć sloganom wyborczym, nikomu i nigdy nie udałoby się podjąć decyzji – bo wszystkie są piękne, a niewiele mówią. Przy okazji zapraszam zainteresowanych na niezbyt piękną, ale ciekawą stronę, której autor zebrał hasła wszystkich kandydatów na prezydenta USA od 1840 roku. Moi faworyci to „Ross for Boss” i „Not just peanuts”;)

Ale slogany zostawmy z boku i przejdźmy do programu wyborczego, a przynajmniej jego zarysu. Tylko czy w ogóle da się opowiedzieć programy wyborcze obu kandydatów w skrócie?😉

Mitt Romney stawia na gospodarkę – deklaruje stworzenie 12 milionów nowych miejsc pracy dzięki pięciopunktowemu planowi. Plan przewiduje zmniejszenie deficytu budżetowego, osiągniecie przez USA niezależności od obcych surowców energetycznych do 2020 roku, obniżenie podatków od korporacji, reformę edukacji przez dofinansowanie dla uboższych rodzin na naukę dzieci w szkołach prywatnych oraz wynegocjowanie nowych, korzystniejszych dla USA umów o wolnym handlu. Romney chce też odwołać reformę ochrony zdrowia uchwaloną z inicjatywy Obamy (tzw. Obamacare), co ma zmniejszyć obciążenie drobnego biznesu kosztami ubezpieczeń pracowników. Kandydat Republikanów zamierza też „chronić świętości życia i honorować instytucję małżeństwa”. W kwestii polityki międzynarodowej, Romney chce dać „przyjaciołom Ameryki trochę więcej lojalności, a Putinowi trochę mniej elastyczności, za to trochę więcej stanowczości”.

Na stronie CNN możecie przeczytać wizję Ameryki według obu kandydatów – Mitt Romney „spowiada się” tu: www.edition.cnn.com/2012/11/02/opinion/romney-vision-for-america/index.html.

Barack Obama – młody, energiczny, dowcipny, z dobrym gadanym, zdecydowanie mniej sztywny niż jego kontrkandydat. Jego obietnica brzmi następująco: Musisz wiedzieć Ameryko, że nasze problemy mogą być rozwiązane. Możemy stawić czoła naszym wyzwaniom. Nasza droga może jest trudniejsza, ale prowadzi do lepszego miejsca, dlatego wzywam was, byście wybrali przyszłość. Wzywam was do zmobilizowania się wokół spraw ważnych dla naszego kraju. Takich jak produkcja, energia, edukacja, bezpieczeństwo narodowe i walka z deficytem. To cele, których osiągnięcie jest realne, dzięki którym powstaną nowe miejsca pracy i nowe możliwości. Które pomogą odbudować gospodarkę na silnych fundamentach. Możemy to zrobić w następnych czterech latach i dlatego ubiegam się o drugą kadencję na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych.

W jaki sposób ma się to stać? Obama zapowiada długoterminowy plan inwestycji w edukację i nowe technologię oraz stworzenie miliona miejsc pracy do 2016 roku, dzięki czemu ma dwukrotnie zwiększyć eksport; pomoc małym przedsiębiorstwom oraz cięcia podatkowe dla małych przedsiębiorstw (przy jednoczesnym zwiększeniu podatków milionerom i miliarderom, czemu nie), a także inwestowanie w „zieloną” energię. Do 2014 roku chce też ściągnąć do USA żołnierzy z Afganistanu i tym samym zakończyć trwającą od lat wojnę, bo tylko dzięki temu będzie można „budować Amerykę na miejscu, na nowo”.

Poniżej utwór jego aktualnej kampanii. Ciekawe, czy będzie hitem na miarę „Yes, we can” sprzed czterech lat;).

I jeszcze jego „vision for America”: www.edition.cnn.com/2012/11/02/opinion/obama-vision-for-america/index.html.

Co skapnie Polsce

Czy z punktu widzenia Polaków wybór któregoś z kandydatów znacząco zmieni bieg historii i nagle wszyscy będa mogli dostać się do USA bez stania w kolejce na Pięknej i płacenia za wizy, a nasz kraj stanie się docenionym bardziej niż inne państwa sojusznikiem Stanów? I don’t think so. Obama i Romney zabiegają o głosy Polonii w czasie kampanii, ale kiedy klamka zapadnie, nowy (albo i stary) prezydent będzie miał tyle na głowie, że Polska niczym w czasach Wilsona znajdzie się gdzieś na końcu listy spraw do załatwienia. Zresztą już teraz kandydaci odpowiadają wymijająco w polskiej kwestii, jak na przykład ostatnio Mitt Romney zapytany o śledztwo smoleńskie.

Panie górą?

Aha. Jeszcze jedna ważna kwestia. Pierwsze damy też walczą! Jestem kobietą, więc nie powinniście oburzyć się, kiedy stwierdzę, że jednym zbardziej emocjonujących elementów kampanii jest porównywanie strojów żon kandydatów;) Ale może o tym… następnym razem.

Na razie odsyłam do lektury ciekawego artykułu z Newsweeka, w którym nie tylko o tym, ciasteczka której z pań bardziej smakują Amerykanom czy kto lepiej się ubiera, ale i o wsparciu dla mężów, które mogą przynieść rezultaty w postaci dodatkowych głosów dla nowego prezydenta.

***

Na kogo byście zagłosowali (albo zagłosujecie, jeśli macie kupę szczęścia i amerykański paszport)? Czekam na Wasze głosy tu i na Facebooku😉.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: